Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.

www.axtom74.beskidy24.pl

portrait

Nawigacja

  • Strona główna użytkownika
  • Sylwetka  

  • Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /include/class.filter.php on line 152
    Galerie  

  • Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /include/class.filter.php on line 152
    Reportaże  

Tomasz » reportaże » Pilsko jak supermarket

Data: 21 sierpnia 2009

Pilsko jak supermarket

Hala Uszczawne

Hala Uszczawne

Do tej góry dotąd nie miałem szczęścia. Już od dawna szykuję się na wycieczkę na Pilsko i zawsze coś nie wychodziło. Teraz jednak wydarzyła się okazja, której na pewno nie zmarnuję. Tak więc rankiem wyjechaliśmy w kierunku Korbielowa. Parking w pobliżu rzeki opisany „płatny” okazał się darmowy. Szybkie przebranie butów i marsz w górę ku Uszczawnem. Asfalt zamienił się najpierw na szuter by, potem pod naszymi nogami została tylko gleba. Droga, którą szliśmy prowadziła do kilku ogródków i zagospodarowanych działek rekreacyjnych. Za plecami zostawialiśmy dość pusty o tej porze roku Korbielów. Ochota na termosową kawę przyszła kiedy zbliżaliśmy się do nie ogrodzonego podwórka z nową chatą w stylu góralskim i niewielkim zbiornikiem, przez który przepływał strumyk. Ktoś tu najwyraźniej ma fajną bazę wypadową. Tylko jak się tu wykąpać w tym baseniku kiedy ciągle przez niego płynie świeża ale zimna jak lód woda z tego strumyka. Dobrze zorganizowane miejsce na ognisko i ławeczka ze stolikiem akurat nadawały się na przedpołudniową kawę. Ponieważ nikogo tu nie było postanowiłem przyjrzeć się tej posiadłości z bliska. Kibelek na uboczu, dwie rampy drewniane jakby na deskę (obojętnie czy z kółkami czy bez), ognisko i stół wskazywały na młodzieżowy styl użytkownika. No i fajny widok z tego miejsca. Na wprost wejścia do chatki ponad doliną wznosił się szczyt królowej naszych gór – Babia Góra. Ktoś kto tu spędza czas wolny na pewno nie żałuje żadnego dnia.

Na nas już czas więc ruszyliśmy w górę. Kilka osób wyruszyło tym szlakiem przed nami ale nie goniliśmy ich. Ścieżka teraz znacznie się zwęziła i nabrała prawdziwie beskidzkiego charakteru. Las szumiał nieco w górnych partiach drzew potęgując wrażenie dzikości przyrody, chociaż zza pleców od czasu do czasu można było jeszcze usłyszeć miejskie odgłosy głównie przejeżdżających ciężarówek. Zbliżaliśmy się do przełęczy Przysłopy i innego szlaku wiodącego od Łabysówki. Tym szlakiem podążali jacyś turyści. Niestety nie było ich jeszcze widać ale doskonale ich słyszeliśmy. To nawet nie była młodzież. Że też ciągle nam się to przydarza. Po świecie chodzą tacy ludzie, których czasem chciałoby się wypisać z rodzaju ludzkiego. To tak jak z samochodami: jedne są ciche inne mają dziurawe tłumiki.

Na przełęczy trzeba skręcić w lewo i dalej czarnym szlakiem prowadzącym grzbietem idzie się lekko pod górę w kierunku Pilska. Po prawej w dolinie - Sopotnia Wielka i dalej masyw Romanki. Dolinę i Romankę już przebyłem w pierwszej samotnej wycieczce. Na lewo od nas czasem pojawiał się widok na Babią Górę, a w dole Korbielów.

Na Hali Uszczawne postanowiliśmy trochę odpocząć z uwagi na piękny widok w każdą stronę. Trawa była tak wysoka, że nie było mowy o siedzeniu wprost na ziemi, ale można było niczym kury na grzędach zająć niezbyt wygodne miejsce na ogrodzeniu z drągów, którymi górale ogrodzili wielką łąkę tworząc pewnego rodzaju boksy do wypasu owiec. Złoto-żółte kolory kołyszącej na wietrze trawy i ścieżka wijąca się pośrodku polany wyglądały super. Piękna tego miejsca dodawał obraz znajomy nam od rana: wielki masyw Babiej Góry w całej okazałości - na wschód od nas widać ją było prawie od podnóża. Nawet gdzieś zza wysokich sosen wyglądała Polica. Z drugiej strony obniżenie terenu kryło za delikatną mgiełką Jezioro Żywieckie, a na zachodzie Kotarnica i Romanka. Mimo kompletnego braku wygód to miejsce swoim urokiem wyjątkowo zachęcało do dłuższego postoju. Jeszcze kiedy opuszczaliśmy Halę Uszczawne kilka razy odwracałem się, żeby zapamiętać widok złotych łanów traw.

Nasza droga teraz zaczęła się znacznie unosić. Nabieraliśmy wysokości aż po samą Skałkę by po kilkuset metrach wyjść z lasu na polanę gdzie niewielki znak pokazywał kierunek marszu do bazy noclegowej na Hali Krupowej. My tylko zatrzymaliśmy się na kilka chwil, aby zagryźć trochę jagód i marsz dalej. Droga już nie zmieniała znacząco wysokości i pokonanie jej nie stanowiło trudności. Z pomiędzy drzew na wschodzie ciągle przyglądała nam się Babia, a przed nami coraz bliżej widać było szczyt Pilska.

Na Halę Miziową wyszliśmy dość niespodziewanie i ukazał nam się nowy budynek schroniska , który zdecydowanie dominował teraz ponad zniszczony zębem czasu malutki szałasik starego schroniska, gdzie urządzono bar. Nowe schronisko choć imponujące, zaprojektowano z całą pewnością tak, aby oddawało klimat gór. Jednak swą wielkością i nowoczesnością jakoś gryzło się z krajobrazem na Miziowej. Tu chcieliśmy wypić kawę i wchłonąć jak najwięcej widoków. W barze niewielka kolejka. Kilka osób zamawiało piwo czy oscypki z grilla. Jakiś starszy gość z dorosłym synem bardzo się niecierpliwili, że kolejka powoli idzie. Wyglądali na rasowych wędrowców i pewnie niejeden szlak już mieli za sobą. Ponieważ byli dość charakterystyczni, zapamiętałem ich dość dobrze. Szczupła postura, stare sfatygowane plecaki, trapery na nogach.

Z zakupioną kawą usiedliśmy na trawie za nowym budynkiem. Z tego miejsca widać przepięknie cały masyw Babiej Góry. Panoramka, którą zresztą utrwaliłem na swoim sprzęciku prezentowała się dość wyjątkowo. Gdzieś daleko za lekką mgiełką całe pasmo Beskidu Małego otwierało ten obrazek jako pierwsze od północy. Nieco bliżej dwa sznurki szczytów tworzące Pasmo Pewelskie i Pasmo Laskowskie. Grupa Mędralowej zdawała się trochę zlewać z babią, która czuwała nad tym wszystkim niczym prawdziwa królowa. Orawskie Beskidy najbardziej na południu już dla nas z tego miejsca były nie widoczne gdyż zasłonięte przez zbocze Soliska. Tylko dość spory ruch turystyczny nieco mógł przeszkadzać komuś kto tak jak my wchłaniał ten widok starając się zapamiętać jak najwięcej z tej chwili.

Na szlak ruszyliśmy zaraz po południu. Z okien wielkiego schroniska słychać było mszę odprawianą w schroniskowej kaplicy, a z drugiej strony gwar przybyłych ludzi.

Zaczęliśmy wspinać się szlakiem przez podmokłą miejscami trawę. Po lewej przez las wiódł wyciąg narciarski, a my szliśmy wprost po nartostradzie ze szczytu. Dochodząc do niebieskiego granicznego szlaku ukazała nam się znajoma polana gdzie jakiś czas temu siedzieliśmy na drągach podziwiając kolory traw... z tej perspektywy ta hala wyglądała naprawdę na niewielką. Przed nami niemałe podejście na kopułę szczytu Pilska. Wąska ścieżka wiła się pomiędzy kosodrzewiną. Kamienie plątały się pod nogami, a to lubię na szlaku najbardziej. Z przeciwka znów jacyś ludzie nie patrząc na nikogo za głośno wymieniali zdania w niekoniecznie poważnej tonacji. Właściwie to próbowali zgadnąć gdzie teraz iść.

Kiedy mijaliśmy się, najgłośniejszy z nich zapytał mnie wprost czy tym szlakiem dojdą do schroniska na Rysiance. Wskazałem mu prawidłowy kierunek oni jednak mieli w planach dotrzeć tego dnia na Rycerzową. Ciekaw jestem czy im się udało. Z orientacji w terenie raczej wnioskowałbym, że mylą nazwy szczytów, ale niech tam... oby im nic się nie stało.

Kiedy już szczyt nabrał bardziej płaskiego kształtu można było nieco przyspieszyć. Żwawo do celu i w kilka minut jesteśmy na miejscu.

Szczyt Pilska okazał się strasznie tłoczny. Niemal na każdym kamieniu ktoś siedział. Poszliśmy trochę dalej. Tam było mniej ludzi. Gdzieś pod szczytem mijaliśmy starszego pana, którego spotkaliśmy w barze na Miziowej. Tempo mają niezłe.

Usiedliśmy za kosówkami tam gdzie ludzi było najmniej, a widok na południe mógł przyprawić o stan nieważkości. Chociaż powietrze nie było zupełnie przeźroczyste to i tak okolica z tej wysokości tworzyła niezłą panoramę. Od Babiej Góry przez Jezioro Orawskie, Górną Orawę, pasmo Rycerzowej, Raczy i po nieco bliższe Lipowską, Rysiankę i Romankę widok nie pozwalał zamknąć oczu nawet na chwilę. Chciałoby się taki widok mieć na co dzień. Aż trudno sobie wyobrazić co można czuć kiedy widać Tatry. Teraz zaledwie ich nikły zarys...

Ktoś rozłożył się jak my w pobliżu i też próbował sfocić te widoki. Tego gościa też już mijaliśmy, ale przecież trudno się nie mijać na szlaku podążając na ten sam szczyt.

Leżąc tak i patrząc w dal spędziliśmy prawie godzinę. Czas było wracać choć niezwykle szkoda opuszczać to miejsce. Drogę powrotną dla odmiany chcieliśmy pokonać szlakiem żółtym. Ten jednak okazał się znacznie bardziej zatłoczony. W wysokiej kosodrzewinie pomiędzy korzeniami trzeba było czasem poczekać chwilę aby przepuścić idących z przeciwka. Kilka trudniejszych miejsc gdzie trzeba było pokonać metrowe urwiska, wydeptane przez turystów korzenie i zalegające na ścieżce wyrośnięte gałęzie znacznie spowalniały tempo marszu.

W zdumienie wprawił nas cyklista dźwigający swój rower na plecach, bo nawet o prowadzeniu go nie było mowy, który próbował jakoś przepchnąć się przez tłum idący z obu kierunków. Widząc już dach nowego schroniska wreszcie się rozluźniło na szlaku. Tu również zaskoczenie. Dorosłe małżeństwo w godzinach popołudniowych przecież postanowiło wybrać się na szczyt. Chwała im za determinację, ale wyglądali dość komicznie. Ubiory może nawet sportowe sylwetka mniej, buty typu adidas – białe i saszetka w ręku pana, która dopełniała całości. Żadnej wody. Powodzenia. My wydoiliśmy od schroniska do zejścia ponad litr.

Zejście z Hali Miziowej początkowo również w towarzystwie innych turystów, ale kilkanaście minut później już zupełnie pustym szlakiem znów pozwoliło poczuć dzikie góry (niestety na własnych nogach). Po krótkim odpoczynku na ławce na rozstaju szlaku czekała nas dość monotonna droga skrajem doliny aż do parkingu gdzie zostawiliśmy samochód.

Na szczęście ten odcinek wędrówki chociaż nieźle dawał w kość przynosił wciąż nowe wrażenia. Odgłosy ptaków, których nie sposób usłyszeć w mieście nie można tak po prostu pominąć. Jak zwykle wszelkie stworzenie zdawało się ostrzec innych przed nadchodzącymi ludźmi.

Im niżej schodziliśmy tym częściej i wyraźniej słychać było odgłosy silnika jakiejś maszyny. To motor jechał po przeciwnej stronie doliny.

Doszliśmy do jej dna gdzie nad strumieniem przerzucono kładkę z desek. Teraz już tylko równa utwardzona droga. Początkowo szutrowa, a w końcu ohydny asfalt.

Minęliśmy hotel potem kilka ośrodków wczasowych, jakieś domki i wreszcie nasz parking. Tu mogliśmy przebrać buty i koszulki. Na wcześniejszą kolacje albo późny obiad zatoczyliśmy się do centrum Korbielowa. Wybór lokali niewielki jak kilka lat temu, ale pizzeria tu okazała się całkiem przyzwoita.





Galeria


Wszystkie prawa zastrzeżone Beskidy24.pl © 2009

Redesign i nadzór techniczny Cyber.pl © 2009